2017PodróżeSamochodemSamolotem

USA (i kawałek Kanady) – czerwiec/lipiec 2017

Nowy York

Tegoroczną wyprawę rozpoczęliśmy na lotnisku w Gdańsku, skąd z jednodniową przesiadką w stolicy Niemiec, wyruszyliśmy liniami Air Berlin (jeszcze wtedy nie ogłosiły upadłości :-D) do Nowego Jorku.

Pogoda na trasie średnia, cały Atlantyk zawalony chmurami, front za frontem, aczkolwiek w okolicach Grenlandii były kilka przejaśnień. Sam lot minął przyjemnie. Samolot czysty, jedzenie przyzwoite. Natomiast lotnisko Tegel to jedno wielkie dziadostwo. Terminal z baraków, do samolotu po schodach, duszno i full ludzi. Nie wiem kiedy Niemcy mają zamiar to wielkie lotnisko otwierać ale niech robią to jak najszybciej. W locie mieliśmy przygodę (na dwie godziny przed lądowaniem)  padł komunikat: „czy leci z nami lekarz?”. Jeden z pasażerów się źle poczuł i miał wysokie ciśnienie (w samolocie na wyposażeniu mają nawet stetoskop i ciśnieniomierz). Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Sama odprawa na lotnisku JFK poszła gładko i szczerze mówiąc to cieszę się że mamy wizy i nie jak np Włosi ich nie mają. Na lotnisku są dwie kolejki dla tych z wizą i  tych z ESTA, tych drugich było na 2-3h stania ,myśmy stali może pół godziny. Deklaracje celną wypełnia się na automatycznym stanowisku. Dostaje się ładny wydruk i idzie z tym na wyrywkową kontrolę. Jeśli natomiast trafi się czarny duży X to trzeba odbyć dodatkową rozmowę z Immigration Officer o cel wizyty itp. Do hotelu dojechaliśmy metrem (ponad pół godziny jednak JFK jest daleko od Manhattanu). Wieczorem zdążyliśmy przed deszczem do hotelu ok 20 i padliśmy na łóżko odespać jet-laga.
Od rana rozpoczęliśmy intensywne zwiedzanie „Big Apple”. Po przetrawieniu hotelowego śniadania, którego wygląd jako żywo sugerował proces powstawania frykasów z filmu „Skrzydełko czy nóżka” z Louis de Funesem i odczekaniu aż przestanie padać, udaliśmy się metrem do WTC. Najpierw pomnik (5 lat temu już było) i zaraz muzeum (5 lat temu było w budowie). Muzeum bardzo ciekawie zrobione bo wchodzi się do podziemi, do fundamentów obu wież gdzie widać stopy pionowych kolumn które tworzyły konstrukcję całości. Są pokazane fragmenty samolotów, olbrzymie stalowe belki wygięte od pożaru i zawalenia się. Jest też jedna belka wygięta pod kątem 90 stopni przez skrzydło samolotu. Są wraki pojazdów ratunkowych zniszczonych w trakcie zawalenia budynków. Całość robi dość smutne wrażenie i chyba zaczynam się starzeć bo zaczynam rozumieć wspomnienia babć i wojnie czy rodziców o różnych grudniach naszej współczesnej historii, bo pamiętam jakby wczoraj jak oglądaliśmy zawalenie się wież na żywo w TV.

Po memoriału wyjechaliśmy na szczyt WTC One. Winda zrobiona w formie 5 ścian z ekranów i w trakcie tych 30-40 sekund jazdy na szczyt (102 piętra!) Jest wizualizacja historii zmian panoramy Manhattanu. Widok ze szczytu rzeczywiście niesamowity. Stojąc na dole takie wieżowce nie wydają się jakieś specjalnie wysokie, ale po wjechaniu na górę perspektywa trochę się zmienia i zaczyna to robić duże wrażenie.

Potem spacer po mieście z mostem Brooklińskim włącznie i potem wieczorem Times Square i jeszcze raz most z panoramą miasta w nocy. Times Square jest 100 razy bardziej warte zobaczenia w nocy niż w dzień. Miał rację Sinatra śpiewając „I want to wake up in the City that doesn’t sleep”. Myśmy byli ok północy i ludzi oraz samochodów było pełno. Amerykańska policja się nie certoli i cały Times jest wyłożony betonowymi zaporami tak, aby nie dało się wjechać na chodnik. Po ostatniej akcji z osobówką co wjechała w tłum ludzi widać poszli po radykalne rozwiązania. Obok Times Square był sklep firmowy Diesneya ze strojami wszystkich możliwych księżniczek i innymi zabawkami. Wśród nich oryginalnej wielkości zabawki Buzza i Chudego z Toy Story. Cena? Co najśmieszniejsze to poniżej 30usd. Nawet na polskie złotówki to nie jest jakiś kosmos. Zabawki były w pełni funkcjonalne jak na filmie. Z Times Square podjechaliśmy jeszcze raz na Most Brookliński by zobaczyć nocną panoramę miasta. Wprost z mostu udaliśmy się w kierunku hotelu. Niestety, o tej porze metro jeździ nieregularnie więc do hotelu dotarliśmy dopiero po 2 w nocy ale było warto. Uprzedzam wątpliwości: prawie na każdej stacji metra byli panowie policjanci demonstrujący swoje pały (bez skojarzeń bardzo proszę;-)) sugerujący że w każdej chwili mogą zrobić z nich użytek. Ludzie o tej porze w metrze bardzo dużo: głównie młodych wracających z imprez ale wszyscy grzecznie się zachowywali.

Dzisiaj rano trochę odespaliśmy i poszliśmy na Mszę do kościoła tuż obok. Msza była latynoska po hiszpańsku z zespołem Kubańczyków (cały dzielnica gdzie był nasz hotel wyglądał na kubański). Może to jakiś znak, że kolejny punkt na mapie wakacji to powinna być Ameryka Południowa albo Środkowa? Kolejnym punktem była, obowiązkowa, Statua Wolności.

Po wizycie na Statule odbyliśmy spacer Broadwayem do góry. Do Empire State Building nie dotarliśmy bo na ok 2-3 przecznice spotkaliśmy z paradą (nie)równości. Zamiast tego zaliczyliśmy Grand Central Station i następnie Central Park. Wieczorem zrobiliśmy przebazowanie metrem i taksówką. Taksówkarz „uchodźca” ledwo mówiący po angielsku i mający problem z przepisaniem adresu z kartki do nawigacji. Po mimo jego błądzenia za dystans jak z Rumi do Gdyni zapłaciliśmy 13USD (ok 40zł). Powiem szczerze że widać że w trójmieście taxi jest relatywnie drogie.

Filadelfia oraz Waszyngton

Następnego dnia odebraliśmy rano samochód i rozpoczęliśmy samochodową część podróży od Filadelfi. Tam 2h spaceru wraz z zaliczeniem Liberty Bell.
Po Filadelfi pojechaliśmy wprost do stolicy czyli Waszyngtonu. Po zaparkowaniu w pobliżu Kapitolu wyruszyliśmy na spacer w kierunku pomnika Lincolna i wróciliśmy okrężną trasą przechodząc w pobliży Białego Domu. Cała trasa do przejścia na pieszo to ok 3h więc jest to kawałek. Ale moim zdaniem warto.
Następnego dnia rano pojechaliśmy na cmentarz Arllington na którym trafiliśmy na pogrzeb z wojskowym ceremoniałem (trumna na lawecie, za nią koń bez jeźdzca, orkiestra wojskowa oraz salwa honorowa – wszyscy w galowych mundurach). Wszyscy ludzie stają w ciszy, gdy taki orszak przejeżdża. Myśmy chcieli podejść do przodu by zrobić zdjęcie ale podszedł murzyn policjant i tonem nie znoszącym sprzeciwu ani nie zostawiającym miejsca na dyskusję powiedział „stand still!”. Ale kilka zdjęć udało się nam zrobić.
Następnie pojechaliśmy pod Pentagon zobaczyć memoriał zamachu z 9/11. Oczywiście znaki do memoriału są ale parkingu pod Pentagonem nie uświadczysz. Wszystko na przepustki. Stanąłem na chwilę przy dwóch murzynach żołnierzach na światłach awaryjnych aby ich podpytać gdzie można stanąć. To zaraz wyleciał (tym razem biały) ochroniarz i głośno krzycząc dał mi do zrozumienia że mam odjechać. Kawałek dalej szedł taki starszy dziadek (też murzyn) z przepustką na szyi. Podpytałem się co i jak i uświadomił mnie że na ostatnim pasie parkingu ktoś zapomniał postawić znaków więc można tam śmiało parkować. Pytał skąd jesteśmy i powiedział że w latach zimnej wojny pracował w Warszawie. (Pewnie w ambasadzie albo w CIA bo innych amerykańskich firm raczej w tym czasie u nas nie było). Strzeliliśmy kilka zdjęć i pojechaliśmy dalej na północ w kierunku Niagary. Po drodze zaliczając obiad w westernowej sieciówce. Miła odtrutka do Macach innych fastfoodach.

Niagara oraz Toronto

Zaraz po dotarciu na miejsce, nie zważając na późno nocną godzinę przejechaliśmy przez granicę do Kanady by zobaczyć podświetloną Niagarę – widok niesamowity.
Rano, zostawiwszy samochód na parkingu pod motelem (ostatnio pamiętam, że parkingi w pobliżu wodospadu ceny miały horrendalne), poszliśmy na piechotę ok 5 minut na stateczek. Tuż przed wejściem do parku słyszę warkot przypominający RR Merlina i to nie jednego a czterech (!) patrzę w górę a tam…. LANCASTER w eskorcie filmującego go śmigłowca (miał wielką głowicę telewizyjną pod kadłubem i latał wokół bombowca) zrobiłem kilka zdjęć niestety bez teleobiektywu bo tego nie brałem z samochodu co by nie zamókł (od tego momentu zawszę noszę wszystkie obiektywy ze sobą).
Stateczek podpływa prawie pod samą ścianę wody (na kanadyjskiej części) i jest to dosyć mokra atrakcja. Aczkolwiek rozdają takie pałatki przeciwdeszczowe.
Po rejsie, przejechaliśmy jeszcze raz przez granicę by zobaczyć wygląda wodospad po Kanadyjskiej stronie, tym razem za dnia. Stamtąd pojechaliśmy do pobliskiego Toronto, gdzie zaliczyliśmy wieczorny spacer. Miasto ładne i na pierwszy rzut oka różni się od tych amerykańskich.

Chicago

Z Toronto wyjechaliśmy skoro świt (pobudka ok 5 rano) bo czekała nas długa bo prawie dziewięciogodzinna jazda do Chicago. Tak długa podróż w tym kompaktowym nissanie versa z bezstopniowa skrzynią biegów (na tempomacie często wyje na podjazdach) nie była super wygodna – miał jakieś dziwne fotele. Ale daliśmy radę i popołudniu (tuż przed burzą) zrobiliśmy sobie spacer po Chicago. Po drodze na przejściu granicznym spotkała nas niespodzianka bo celnik widząc nasze paszporty mówI „oo z Polski a skąd?” No i resztę rozmowy (po co i na co chcemy jechać do USA) mieliśmy po polsku.

Kalifornia

Następnego dnia rano (A raczej w nocy bo pobudka była o 2) pojechaliśmy oddać samochód i na lotnisko na samolot do San Francisco. Tam liniami United (na szczęście z samolotu nas nie wyprosili) Boeingiem 757 (miał miejsca dużo więcej niż ten Airbus co lecielismy z Berlina) udaliśmy się w podróż do San Francisco.

Na SFO wylądowaliśmy ok 8:30 (-2h względem ORD) gdzie od razu udaliśmy się po samochód. Zamiast kompakta dostaliśmy Hundaia Sonata z normalnym 6biegowym automatem, mówię (przebieg dopiero 3100mil) w kolorze granatowym. Poprzedni samochód na JFK też był niebieski także trzymamy standard (w Australii i Nowej Zelandii też dwa razy mieliśmy samochód w tym samym kolorze). Z lotniska pojechaliśmy prosto do Silicon Valley. Zrobiliśmy sobie fotkę przy Google, Cisco, Brocade i Apple i pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża na południe w kierunku Santa Barabara.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia (no dobra ja rozpocząłem Basię zostawiłem w Wallmarcie;-)) prezydenckiej biblioteki Ronalda Ragana. Jest ona w formie muzeum (z ciekawych eksponatów to był Air Force One którym latał Reagan, Marine One i kilka eksponatów z różnych etapów życia m.in. przestrzelona marynarka z zamachu).

Po zakupach i zwiedzaniu pojechaliśmy do Los Angeles. Zaczęliśmy od Beverly Hills potem kolejno: Santa Monica, downtown i Hollywood. W sumie zeszło nam cały dzień. Wiec do noclegu dotarliśmy ok 1 w nocy. Na miejscu mieliśmy przeboje z noclegiem, bo okazało się, że zgubili naszą rezerwację i nie mają wolnych miejsc. W efekcie znaleźliśmy inny nocleg ale w łóżkach byliśmy ok 3 nad ranem.

Trochę to nam pokrzyzowalo plany następnego dnia bo zamiast na 9:30 to na Mszę pojechaliśmy na 11. Tym razem Msza była po angielsku z naleciałościami meksykańskimi. Po Mszy zachodnim zwyczajem ksiądz rozmawia z wiernymi więc podszedłem bo zagadnąć. Bardzo się ucieszył że jesteśmy z Polski. Sam był u nas na Światowych Dniach Młodzieży i powiedział że bardzo mu się nasz kraj podoba bo dużo zieleni. W to akurat nie wątpię bo u nich to piach, palmy, kamienie przeplatane gdzieniegdzie betonem i asfaltem. Po Mszy kierunek park narodowy Sekwoi. Drzewa te rosną na wysokości ok 1800metrow i ich rozmiary rzeczywiście robią wrażenie (dlaczego Ci Amerykanie muszą mieć wszytsko największe?). Z parku pojechaliśmy wprost do noclegu. W link prostej to było blisko bo ok 85mil ale po drodze były góry bez dróg więc na około wyszło 240mil. Ale za to po dojechaniu czekało na nas indiańskie tipi. Pomimo braku klimy spało się przyjemnie przeszkadzała trochę bliskość drogi i co jakiś czas przejeżdżająca ciężarówka.

Z rana pojechaliśmy do doliny śmierci. Rzeczywiście gorąco tam było (rekord z samochodu to 119F) więc zwiedzanie robiliśmy z samochodu z włączoną klimą wychodząc tylko na chwilę na fotki a sam samochód zostawiliśmy odpalony (wszyscy tak robili) zostawanie samochodu zgaszonego skutkowało tym że nie dawało się do niego wejść. Po 5 minutach kierownica zaczyna parzyć. Suche gorące powietrze połączone z dosyć silnym wiatrem (zwłaszcza na obrzeżach doliny) dawało efekt przebywania w suszarce do włosów.

Prosto z doliny śmierci pojechaliśmy do Las Vegas. Po dotarciu do Vegas pojechaliśmy sobie wieczorem na miasto. Wypluło nas na jakimś tandetnym deptaku. Po drodze do pełno lombardów gdzie można zastawić chyba wszystko od samochodów i domów po żony i dzieci.”Wedding chappels” poprzeplatane z „escort girls”. W sumie praktycznie: jeśli po ślubie i nocy poślubnej w Vegas ktoś nie czuje się usatysfakcjonowany to ma blisko na szukanie pocieszenia.

Świętowanie 4lipca rozpoczęliśmy w niedalekim Soumerlin oglądaniem parady. Było trochę zabytkowych pojazdów i sprzętu wojskowego. Całość rozpoczęła się hymnem (jak orkiestra zaczynała grać to wszyscy nawet dzieci stają grzeczynie i bez nakryć głowy po cichu śpiewają, u nas często widzę z tym problem jak gra hymn to wszyscy gadają, piją piwo i ze słowami też bywa słabo).

Po paradzie pojechaliśmy do Arizony do kanionu kolorado. Po drodze na ranczo zrobiliśmy użytek z mojego kowbojskiego kapelusza i dzięki uprzejmości pracownika (można było sobie wynająć konika na zwiedzanie w siodle) zrobiliśmy sobie kowbojską sesje zdjęciową.
Z kanionu wróciliśmy do Las Vegas gdzie miał być przy Ceasers Palace pokaz sztucznych ogni, ale nic takiego nie było (cały tłum ludzi też czekał, żeby nie było że tylko my tacy frajerzy). Zamiast tego jechały tylko 3 wozy straży pożarnej na sygnale. Zwiedzaliśmy jeszcze nocą centrum i kasyno Paris.

Arizona (i trochę Utah)

Rano po dobrym śniadanku (omlet + pancackes) wyruszyliśmy w kierunku Zion National Park w Utah. Po autobusowo-samochodowym zwiedzaniu udaliśmy się do naszego noclegu, który znajdował się w Arizonie na przysłowiowym pośrodku niczego. Zajazd prowadzony przez Indian (ale oni są mało mówi i mają już w ogóle dziwny akcent) z bardzo dobrym bufetem śniadaniowym.
Po najedzeniu się „pod korek” pojechaliśmy na wykupioną wycieczkę do malowniczego kanionu Antylopy. Zahaczając po drodze o malowniczy zakręt rzeki Kolorado: Horseshoe Bend. Wycieczka odbywała się pick-upami, na których na pakach były ławeczki dla turystów. Trasa wiodła po pustynnej drodze na terytorium Indian Navaho, na pograniczu Utah i Arizony, czas jazdy ok 20 minut. Po wycieczce i zatankowaniu samochodu pod korek udaliśmy się w dalszą drogę poprzez malownicze góry Utah.
Po drodze, przejazdem zaliczyliśmy jeszcze Oljato Monument Valley. Bardzo ciekawe i charakterystyczne formacje skalne, często będące tłem do westernów i kreskówek ze strusiem Pędziwiatrem.
Po południu mieliśmy jeszcze zaliczyć Arches National Park, ale z powodu prac remontowych park zamykają o 19. Nasz planowy nocleg znajdował się 2,5h jazdy od parku – trochę dużo aby się wracać następnego dnia. Pojechalismy zatem na stację beznyzonowa aby zadzwonić do hotelu z pytaniem czy uda się odwołać rezerwację i odzyskać zaplaconą kwotę. Amerykanie są bardzo życzliwi. Nawet jeśli na stacji nie mają telefonu to sprzedawcy chętnie użyczą swojej komórki. Nam udało się załatwić odwołanie i znaleźć nocleg w niedalekim (jak na amerykańskie standardy bo oddalonym jedynie o 45min jazdy) Motel 6. Z rana rozpoczęliśmy od zaległego Arches National Park następnie w samochód i długa trasa do Mount Rushmore.
W życiu jeszcze nie jeździłem tak wygodnym i cichym samochodem. Pomimo swoich rozmiarów bardzo ładnie wykręca po mieście a na autostradach i krętych drogach bardzo dobrze się prowadzi. Skrzynia ma tryb pracy sekwencyjnej więc jazda po serpentynach nie jest problemem. Trochę ten silnik z tym samochodem nie daje rady przy wyprzedzaniu cieżarówek na zwykłych drogach. Kick-down najpierw przelatuje przez 6-5-4 i dopiero zaczyna przyspieszać ale tu z kolei silnik w tych wysokich obrotach nie jest zbyt zrywny. O ile ceny paliw na wschodzie miały przyjemne ceny (najtaniej było po 2,05 za galon do maks 2,70 w Nowym Jorku i Chicago) to na zachodzie czekał nas zimny prysznic bo w San Francisco cena na dystrybutorze rzadko kiedy schodziła poniżej 3,75. (Quo Vadis Ameryko toż to tylko ciut taniej jak w Polsce!). Po za Kalifornia już lepiej bo w Nevadzie było po 2,20-2,40. Ale już tylko poza Vegas to cena znów rosła w okolice 3,70. Zwłaszcza na takich stacjach po 80 milach drogi przez pustynię. Basia odkryła zalety jazdy z tempomatem. Samochód miał bardzo fajną funkcję: podczas jazdy z góry na tempomacie sam redukuje biegi aby utrzymać prędkość.

Dakota Południowa

Do Rapid City (na wschód od Rushmore) dotarliśmy około 23. Z rana po śniadaniu (Super 8 i motel 6 zaczęły dawać pseudo śniadania najeść się tym specjalnie nie da ale zawsze coś na początek) pojechaliśmy do Mount Rushmore. Zwiedzanie rozpoczęliśmy z powietrza przy użyciu Robinsona R22. Cena też była przystępna w porównaniu z innymi turystycznymi atrakcjami (Niagara, Zapora Hoovera czy Kanion bo tam ceny zaczynały się od 130usd). Myśmy zapłacili 89 za osobę. Basia trochę była scepryczna ale potem stwierdziła, że warto było. Trwał ok 10 minut ale widoczność z pierwszego miejsca obok pilota jest niesamowita, dużo lepsza niż w szybowcu. Pogadałem sobie z pilotem, pochwaliłem się, że też latam śmigłowcami tylko, że RC. Ruch mieli spory lądowanie, tankowanie co drugi lot i wsiadanie do śmigłowca następnych pasażerów.
Po Mount Rushmore pojechaliśmy do pomnika Szalonego Konia. Pomnik jest cały czas w budowie, na razie są na etapie wykutej twarzy a plany są ambitne. Mount Rushmore też pierwotnie miało być wykute do pasa ale jakoś nie dali rady. Stamtąd kierunek Yellowstone. Miało być po drodze jeszcze Devils Tower ale z racji faktu, że musieliśmy zdążyć na 21 do noclegu strzeliliśmy sobie fotkę z oddali.
W Utah i Wyoming na interstatach jest 80mph a na zwykłych często podbicie z 65 do 70. Wszyscy jeżdżą +5-8mph. I właśnie na takiej drodze przy ok 72-73 mph wyskoczyła nam sarenka. Nie wiele brakowało a trafilibyśmy ją lewym przednim błotnikiem. Na szczęście skończyło się na adrenalinie i piszczących oponach. Po tych przychodach już bez przeszkód dotarliśmy do kwatery.

Wyoming i Park Yellowstone

Był to domek w górach, taki traperski z wychodkiem na zewnątrz, położony na północny wschód od Yellowstone, na granicy Gór Niedźwiedziego Zęba. Dostaliśmy spray na niedźwiedzie wraz z instrukcją użytkowania (jest to gaz oślepiajacy niedźwiedzia na kilkanaście minut) bo w tym rejonie niedźwiedzie czasami się pojawiają. Domek przypomniał mi serial „Domek na Prerii”. Nawet właściciel miał podobną brodę jak jeden z bohaterów.
Odespaliśmy wszystkie trudy podróży (nad ranem usłyszeliśmy skrobanie o ściany z zewnątrz – gospodarz powiedział, że nad ranem widział wilka) i około południa dotarliśmy do Lake Lodge nad jeziorem Yellowstone. Potem wijacymi się drogami udaliśmy się na poszukiwanie niedźwiedzi aby zrobić im zdjęcie. Niedźwiedzi nie znaleźliśmy ale za to były: jelenie, sarenki, dużo bizonów, swistaki, male wiewiórki (takie jak chip and dale) oraz bielik amerykański. Wszystko udało nam się obfotografować. Jak wracalismy wieczorem do noclegu to kawalek za granicą parku drogę przebiegł nam wilk. Zatrzymał się na chwilę na 3m przed samochodem, popatrzył mi w oczy i skoczył do lasu i tyle go widzieliśmy. Następnego dnia z rana znów pojechaliśmy do Parku. I teraz udało nam się obfotografować dwie łosice. Zrobilibyśmy im więcej zdjęć, ale jakiś debil na motocyklu robiąc głośną przegazówkę je spłoszył. Zdenerwował się pewnie tym, że powstał korek bo wszyscy zaczęli robić zdjęcia. Szukaliśmy jeszcze niedźwiedzia do zdjęcia ale się nie udało. Zjeździliśmy cały park w te dwa dni. Przewijają się tutaj samochody ze wszystkich stanów. Bardzo dużo z Florydy czy Nowego Jorku (to jest kawał drogi) widziałem nawet samochody z Alaski i z Alberty.

Idaho

Po Yellowstone pojechalismy do noclegu w okolicach Idaho Falls. Po raz pierwszy mogę powiedzieć, że coś jest lepsze u nas niż w USA. Jechaliśmy końcówkę w nocy jedną z główniejszych dróg. Słupków odblaskowych nie było, pasy malowane jakąś dziwną nie odblaskową farbą i do tego ograniczenie do 70mph. Na szczęscie był mały ruch to jechałem środkiem ale i tak to była jazda po omacku. Na szczęście po godzinie wyjechaliśmy na intererstata tam już wszystko było normalnie.
Następny dzień rozpoczęliśmy od safari parku ze zwierzętami żyjącymi w Yellowstone. Dzięki temu zobaczyliśmy z bliska (z samochodu) grizzly (były za ogrodzeniem elektrycznym) i niedziewiedzie czarne (baribale) te już podchodzily do samochodu. Jeden z nich smakowicie zlizywał owady z naszego przedniego zderzaka. Ale one są chyba mniej agresywne do grizzly bo kobieta strażnik nie bała się do nich podejść i je przegonić (aczkolwiek spray na niedźwiedzia miała pod ręką). Nie miejscu tez był specjalny wybieg dla małych niedźwiadków, gdzie za dodatkową opłatą można było je karmić z butelki. Na koniec były oswojone sarenki. Można było je głaskać i karmić. Mają takie śmieszne języki strasznie klejące. Ja ponieważ byłem spocony (jak zwykle) to mi ręce oblizywały bez karmienia – widać lubią słony posmak. Po zwierzątkach pojechaliśmy do Twin Falls do malowniczego wodospadu. Nadłożyliśmy 150 mil „na fotkę” ale warto było.

Utah oraz Nevada (Reno)

Wieczorem dojechaliśmy do Salt Lake City. Z rana zwiedziliśmy stolicę Mormonów (w sumie nic tu nie ma) i Słone Jezioro z Antelope Island (to akurat ładnie wyglądało).

W Reno udało nam się trafić dobry hotel w centrum, w cenie porównywalnej z tym w Vegas tylko, że tamten był na uboczu. Hotel składał się z dwóch budynków po różnych stronach ulicy. Po zameldowaniu w hotelu i wypakowaniu bagaży, obsługa hotelowa zaparkowała nasz samochód (w USA to nie jest nic niezwykłego – u nas w Polsce tylko w drogich hotelach) a my hotelowym pociągiem (mieli swój autonomiczny wagonik, który przewoził z jednej strony ulicy na drugą). Wieczorem poszliśmy na spacer na miasto. Samo Reno to biedniejsze Vegas aczkolwiek kasyna też robią wrażenie.

Kalifornia (Yosemite, Sacramento oraz San Francisco)

Następnego dnia rano rozpoczęliśmy powrót do Kaliforni. Trochę okrężną drogą bo najpierw przez malownicze jezioro Tahoe a potem przez Park Yosemite. Ten drugi to przeczy naszym prawom fizyki gdyż w nim na wysokości prawie 9000stóp (niecałe 3000m) rosną olbrzymie drzewa. Zapach jest niesamowity aż żałuję, że nie jechaliśmy kabrioletem. Po tej górskiej przeprawie dotarliśmy wieczorem do Sacramento.
Z rana udaliśmy się na zwiedzanie dzielnicy Old Sacramento. Jest to zachowana dzielnica z XIX wieku. Szkoda tylko, że położyli tam asfalt. Ja zwiedziłem sobie muzeum kolei z czasów westernów. Były odrestaurowane oryginalne XIX wieczne pociągi oraz wagony z lat świetności amerykańskiej kolei czyli z końcówki lat 50. Miałem dziwne wyrażenie, że wchodząc do takiego wagonu sypialnego zabytkowego wchodziłbym do naszego jeżdżącego na co dzień.
Z Sacramento pojechaliśmy wprost do San Francisco, które powitało nas taką zimnicą (59F) że na wieczorny rekonesans po okolicy poszliśmy ubrani w kurtki i bluzy. Następnego dnia od rana zaczęliśmy zwiedzanie od wycieczki stateczkiem w okół wyspy na której znajduje się Alcatraz oraz pod mostem Golden Gate.
Po stateczku zaliczyliśmy akwarium które zwiedza się przechodząc szklanymi tunelami (były w nim nawet rekiny). Po południu zjedliśmy obiad w Chinatown i zarobilismy zakupy w Union Square. Wieczorem udaliśmy się podziwiać panoramę miasta z mostu Golden Gate i wróciliśmy do noclegu.
Dzisiaj z rana pojechaliśmy na krętą ulicę Lombard Street. Strzelilismy sobie parę zdjęć i zaraz potem zaliczyliśmy przejażdżkę Cable Carem w sensie Basia zaliczyła, a ja z językiem na plecach zaliczyłem przebieżkę robiąc zdjęcia. Za pierwszym razem niezbyt nam wyszło bo było w nim full ludzi a ja po trzeciej przecznicy zgubiłem język (i płuca) pomiędzy kolanami. Jeden przejazd tym tramwajem kosztuje 6,50 USD (strasznie drogo!). Za drugim razem Basia bardzo długo kupowała bilet, na tyle długo że przyjechała jeden przystanek a mnie udało się strzelić parę zdjęć. Kolejnym punktem wycieczki był Golden Gate. Tutaj tez można było się przelecieć śmigłowcem – w programie lotu przelot pod mostem. Obfotografowaliśmy się z nim z różnych stron i po południu obskoczyliśmy jeszcze raz centrum (Union Square) i to by było na tyle.

Podsumowanie

Gdy 5 lat temu byłem w USA to powiem szczerze obecnie przeżyłem pewne rozczarowanie zwłaszcza na drogach. Na tym wschodnim wybrzeżu zaczęli bardziej ordynarnie jeździć. Pchają się na potęgę wyprzedzają prawą jakby mogli to górą. Pomijam duże miasta bo tam się zawsze specyficznie jeździ. Na zachodzie USA i w cetnrum już było normalnie. Zasadniczo po USA jeździ się przyjemnie i spokojnie dopóki są highwaye na zwykłych drogach (a tymi dość dużo jeździliśmy) niektórzy sobie radzą a reszta trochę jak sieroty. Jak jedzie ciężarówka i jest długa pusta prosta po horyzont to widać nie wystarcza do wyprzedzania. Mają duże silniki to nawet nie potrafią z nich użytku zrobić. Drugi taki przypadek to jazda w górach. Widać u nich nie uczą, że automat ma też inne tryby pracy niż PRND. Jechaliśmy za takim jednym mistrzem w Kolorado. Na kilkumilowym zjeździe jechał cały czas na hamulcu. Ja jadąc za nim już po chwili czułem smród przegrzanych hamulców i zaczynałem się zastanawiać czy jak na dole będzie zakręt to czy jego hamulce dadzą radę. Na porządku dziennym jest widok ludzi którzy po takim zjeździe stoją na poboczu i polewają hamulce wodą (!). Kolejny problem to jest jazda nocą na zwykłej drodze. Świateł drogowych nie używają. Ich samochody mają symetryczne światła, a nie tak jak europejskie niesymetryczne – bardzo oślepiają. Oczywiście jazda w USA jest dużo prostsza niż w Polsce. Kierowcy dużo bardziej uważają na innych i rzadko kiedy ktokolwiek przekracza ograniczenia prędkości. Każdemu, kto jedzie to USA proponuję obowiązkowo poczytać jak działa 4-way STOP (bardzo częsty rodzaj skrzyżowań), które moim zdaniem jest dużo bezpieczniejszym rozwiązaniem nić europejskie skrzyżowania równorzędne.
Co mi się bardzo podoba to otwartość Amerykanów i ich sposób bycia. Jak robiliśmy sobie zdjęcia to potrafili sami podejść i zapytać się czy nie chcemy aby nam zrobili zdjęcie. Sprzedawcy są mili, nie pracują za karę i znają się na rzeczach które sprzedają. Ludzie na ulicy zapytani o drogę zawsze chętnie odpowiedzą i nawet użycza swojego telefonu aby zadzwonić (dwa razy tak na stacjach benzynowych w ten sposób korzystaliśmy). Ameryka bardzo nam się podobała przyrodniczo, ich parki narodowe są wielkości naszych województw (jak nie większe) i te ogromne ilości samochodów tam wjeżdżających nie są w stanie tych parków rozjeździć.
Z rzeczy które nas trochę rozczarowany to należy wymienić Los Angeles i San Francisco. W jednym u drugim pełno bezdomnych i syfu na ulicach (Nowy York dużo czyściejszy). SF w cale nie jest zbyt bezpiecznym miastem. Wszędzie wiszą tabliczki aby nie zostawiać cennych rzeczy na widoku w samochodzie bo złodzieje biją szyby. Widzieliśmy na parkingu miejskim samochód z wybitnym oknem. Normalnie w ciągu dnia w ruchliwym turystycznym miejscu. Te słynne górzyste ulice owszem fajnie wyglądają ale ja raz samochodem zrobiłem jamnika na szczycie jednej z ulic na szczęście wolno jechałem (u nas mimo wszystko jest to nie do pomyślenia aby takie miejsce na zwykłej drodze było bez oznakowania). W tym samym miejscu stał pickup z naczepą podwieszany do tego stopnia że naczepa leżąc na brzuchu uniosła koła holownika na jakieś 2m.
Ceny w USA kształtują się na europejskim poziomie. Paliwo tańsze niż u nas (aczkolwiek nie są to jakieś kolosalne różnice) i ich samochody, pomimo wielkich silników osiągają bardzo przyjemne wyniki spalania (ok 6.5-8 l/100km). Moim zdaniem jeśli ktoś prowadzi podróżniczą listę rzeczy do zwiedzenia to powinien sobie USA na niej wysoko zapisać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *